"...tu nie chodzi o smutek" - rozmowa z Marcinem Grzelakiem

Prozę Marcina Grzelaka można interpretować na wielu poziomach. Pierwsza powieść "Pułapka na anioły" ukazała się w 2022 roku. Dziś Autor ma na swoim koncie cztery tytuły i spore grono wielbicieli nie tylko w Szczecinie, gdzie mieszka i tworzy. Czytelnicy, które cenią w literaturze pięknej historie gęste od emocji i pełne poetycki metafor chętnie sięgają po jego książki, choć zasłużył sobie już na etykietę "autora od smutnych tematów".
O najnowszej powieści, procesie wydawniczym, bohaterach swoich książek i czytelnikach opowiada Autor poniżej.

Udzieliłeś już tylu wywiadów przed premierą książki, która miał miejsce 7 maja, że długo zastanawiałam się, o co mogę Cię zapytać, żebyś nie musiał odpowiadać wciąż na te same pytania. To było trudne zadanie i pewnie będą powtórki, ale co tam… Próbuję… Tego pytania mam nadzieję, jeszcze nikt nie zadał: Jakie wrażenia przywiozłeś z Targów Książki w Warszawie?

Jeśli nawet pojawią się jakieś powtórki, to pozwolą mi lepiej zrozumieć to, o czym mówię i być może spojrzeć na to nieco inaczej, zatem jedziemy 😉. Świetnie było pojawić się na tych targach, bo jedną z rzeczy, która mi daje ogromną przyjemność w tej pisarskiej działalności jest przynależność do tej literackiej grupy. I to było ciekawe, bo z jednej strony rzeczywiście poczułem, że zapracowałem na to, żeby tam być… Kurcze, no zwyczajnie na to zasługuję, był to jakiś moment uznania dla siebie samego. Z drugiej jednak strony czułem jak wielkie jest to środowisko, jak trudno przebić się do tego grona, które gromadzi kolejki, jak łatwo pozostać anonimowym, jak wiele jest osób piszących, dla których to nie tylko zabawa. I przyznam: tak, miałem pewne obawy, bo umówmy się: literacka Warszawa to nie jest moje środowisko, nie jest to świat, w którym się czuję znany. Obserwowałem przechodząc sobie między alejkami zarówno te długie kolejki, jak i samotnych autorów przy pustych stolikach, oczekujących na kogokolwiek. I wyszło dobrze, chyba adekwatnie do momentu, w którym jestem, bo fotel ani przez chwilę nie stał pusty. Pojawiło się sporo osób, które znałem tylko z wirtualnego świata mediów społecznościowych. To naprawdę niesamowite uczucie, że komuś chciało się przyjechać na targi specjalnie dla mnie na przykład ze Starachowic. Dostałem sporo dobrej energii potrzebnej do dalszej motywacji.

Nie „wypiłam” Twojej ostatniej powieści jednym tchem. „Smakowałam” ją powoli, bo „Martwe mleko” to powieść gęsta od emocji i traum, które jak zwykle zaserwowałeś swoim bohaterom... Ale zacznijmy od początku: TYTUŁ. Wiem, że miał być inny. Już się do niego przyzwyczaiłeś?

Mówiłem już wielokrotnie o moich tytułach roboczych. Są mi one potrzebne, niosą przez cały proces tworzenia coś ważnego, co w jakiś sposób podsumowuje mój pomysł na książkę. Różne są tutaj podejścia, zazwyczaj rozmowy nad tytułem zaczynają się na koniec, a mnie od początku pojawił się koncept na „Czarne mleko”. Mocny, symboliczny tytuł opisujący idealnie motyw wiodący historii, ale… no właśnie. Już po zakończeniu pracy redakcyjnej dowiedziałem się, że książka o takim tytule istnieje, jest już na rynku od wielu lat ale tej właśnie wiosny ma wznowienie. Ryzykownie byłoby zatem wypuścić w tym czasie ten sam tytuł na rynek, głównie ze względu na jakieś możliwe zakłócenia dystrybucyjne. Porozmawialiśmy z wydawnictwem i dałem propozycję, żeby to czarne mleko stało się martwe. Wszystko zostało w zgodzie z moim pomysłem, tytuł jest chyba jeszcze lepszy, świetnie wygląda na okładce, choć musze przyznać, że nieustannie się mylę i to „Czarne mleko” nie jeden raz w rozmowie mi się pojawia.

Czy pojęcie zatrutego mleka, to jakiś przesąd, który znałeś? A może wymyśliłeś go na potrzeby tej powieści?

Jest taki przesąd ludowy, który mówi o teorii złej piersi, którą dziecko odrzuca. Są też współczesne teorie psychologów, które nieco ten temat łapią, ja zaś uknułem sobie ten pomysł z jednego i drugiego i ta wspomniana zła pierś, która karmi dziecko złym mlekiem (czy to czarnym, czy martwym) daje mi potężną symbolikę, wokół której mogłem rozciągnąć rozważania o tym, gdzie kończy się i zaczyna nasz wpływ na nasze życie, a gdzie główną rolę pełni coś, co nazwać można przeznaczeniem. W tej historii dziecko karmione martwym mlekiem zostaje z góry naznaczone złym losem, jak gdyby było wbrew sobie nakarmione złem, które musi je poprowadzić do takich, a nie innych decyzji. Lubię o tym myśleć bardziej współcześnie tocząc dyskusje o tym, gdzie kończy się wpływ genów, gdzie biegną granice naszych możliwości wyrwania się z odziedziczonych scenariuszy, wyjścia poza los, który gotuje nam środowisko, rodzice, inne czynniki będące z klucza poza naszą sferą decyzji. Moi bohaterowie więc, albo uciekają przed konsekwencjami swoich decyzji, albo starają się uciec przed tym, co w ich historii wydaje się nieuchronne.

Teraz zajmiemy się okładką. Jest świetna! Bardzo mi się podoba grafika i dwa kolory, które pasują do nastroju tej książki. Kto za tym stoi? Miałeś jakiś wpływ na jej ostateczny wygląd?

Okładka była ze mną konsultowana. Miałem na nią wpływ do pewnego momentu, wydaje mi się, że do adekwatnego dla mojej roli w procesie wydawniczym. Dostałem dwie propozycje: jedna grafika nie przemawiała do mnie zupełnie, druga była już koncepcją czarnej okładki, lecz z innym rysunkiem, który również mi się nie podobał. Wydawnictwo wysłuchało moich uwag, chyba nawet troszkę się o to posprzeczaliśmy, ale tak fajnie, merytorycznie, no i potem dostałem już do wglądu projekt, który miał być docelowym. Potrzebowałem nieco czasu, żeby do niego dojrzeć i dziś jestem tym absolutnie zachwycony. Z całą pewnością jest to moja ulubiona okładka, książka jest zrobiona smacznie, mocno… Bardzo jestem z niej dumny, a efekt finalny podkreśla ogromną dbałość o jakość, którą Wydawnictwo Niebieskie od początku stawiało sobie jako sprawę nadrzędną.

Wydawcą „Martwego mleka” jest całkiem młode Wydawnictwo Niebieskie z Krakowa. Jak to się stało, że Grzelak zawędrował aż tam?

Łańcuszek zaczął się od Stelara, później była Anna Rozenberg, potem zaś Niebiescy (tak ich nazywam, chyba to lubią 😉). Marek Stelar pomógł nam dotrzeć (mnie i wydawcy mojej poprzedniej książki) do Ani i złożyliśmy jej wtedy propozycję redagowania „Beksy”. Pracowało nam się wspaniale. Przyznaję, że Ania idealnie wyczuwa mój styl pisania, wie gdzie nie należy mu przeszkadzać, a gdzie przywołać go do porządku. No i co ważne dla tej historii, Anna Rozenberg, która jest dla mnie gwarantem wysokiego poziomu pracy i mam do niej ogromne zaufanie, polubiła i wyraziła uznanie dla jakości tego, co i w jaki sposób robię. Kiedy więc skontaktowała się ze mną z propozycją, żebyśmy porozmawiali o współpracy, bo rozpoczyna pracę w nowym projekcie, w nowo powstałym wydawnictwie, bez wahania się zgodziłem. Potem odbyliśmy kilka rozmów w szerszym gronie, badaliśmy na ile można zaufać swoim planom: ja budowałem zaufanie do projektu Wydawnictwa Niebieskiego, tworzonego przez ludzi z pasją i dużym doświadczeniem na rynku, i co dla mnie ważne ze względu na mój stosunek do pracy - z jasnym planem na przyszłość i determinacją; Niebiescy zaś czytali tekst, rozmawiali o tym, co dla mnie ważne, sprawdzali jakim jestem człowiekiem, jakie mam wartości, na czym mi zależy. No i dogadaliśmy się.😉 Efekt jest świetny, mam duży komfort pracy. Sporo oczywiście przed nami, bo naturalne zasięgi rynkowe wydawcy ciągle rosną, ale jestem zadowolony i liczę, że oni są zadowoleni również. Mamy świetny jakościowo produkt, pracujemy wciąż nad tym, by jak najwięcej ludzi go poznało.

To bardzo profesjonalne i miłe, że Wydawcy przybyli na Twoją premierę, która odbyła się na początku maja w Trafostacji Sztuki w Szczecinie.

Mało tego, że przybyli, ale byli bardzo zaangażowani w organizację tego wydarzenia, konsultowali ze mną wiele rzeczy, dbali o to, żebym czuł się komfortowo, żeby wszystko przebiegło właściwie, żeby było artystycznie, ale i z biznesowym rozmachem. Cenię sobie ich podejście, cenię sobie to, że jesteśmy w ciągłym kontakcie, rozmawiamy, planujemy, razem przeżywamy każdy kolejny krok. Świetne jest też z pewnością to, że wydawcy spoza Szczecina, bo przecież mówimy o instytucji krakowskiej, choć wtajemniczeni wiedzą, że nieco i gdańskiej, podchodzili z takim szacunkiem dla lokalnego środowiska literackiego Szczecina. Zarówno podczas premiery, jak i później na bankiecie po wydarzeniu byli z nami czołowi pisarze Szczecina, księgarze… Podobnie było zresztą z premierą książki wydanej przez Niebieskie bodaj miesiąc wcześniej, której autor jest Łodzianinem, akcja dzieje się w Łodzi, zatem i huczna premiera miała miejsce w Łodzi. Mówię oczywiście o książce „Zamglone” Marcela Frątczaka.

W takim razie niejeden autor może Ci pozazdrościć takiej opieki Wydawcy! Czwarta powieść. Znów smutek i samotność wyziera z kartek książki. To już twój znak rozpoznawczy. Czasem gdy pytają mnie jak pisze ten Grzelak, odpowiadam: dobrze, ale smutno… i dodaję, że ja kocham takie książki. A ty chcesz coś dodać? 😊

Kiedyś czułem potrzebę, żeby się z tego tłumaczyć. Teraz mówię tylko: tak, lubię pisać smutne rzeczy, chociaż upieram się, że tu nie chodzi o smutek, ale w ogóle o dotykanie niewygodnych emocji. Lubię to, moje książki poniewierają emocje, dobrze mi z tym i nie chce niczego dodać. 😉

Pisanie takich właśnie książek kosztuje Cię pewnie sporo emocji. Czy rzutuje to potem na Twoje samopoczucie w ciągu dnia?

Tak, chociaż pracuje to bardziej gdzieś w mojej nieświadomości, niż w jakimś bezpośrednim przeżywaniu. Noszę ze sobą tych bohaterów, czasem o nich zapominam, a oni się o tę uwagę upominają, czasem mam ich dość i ich wyganiam z głowy. Poprzednie książki kosztowały mnie jednak więcej emocjonalnie, bowiem też bardziej były one o mnie. Przyznaję jednak, że chociaż z jednej strony mocno eksploatowały moje emocje, to z drugiej pozwalały mi się mocno oczyścić, coś tam w sobie pozałatwiać, czegoś się mniej czy bardziej świadomie pozbyć. Są sceny, które kosztują mnie bardzo dużo w przeżywaniu. Są takie, które są dla mnie tylko techniczne, choć tych jest najmniej, bo ja maluję emocjami i nie potrafię od tak po prostu napisać nawet, że bohater szedł po chodniku i patrzył na słońce. Ogromnie mnie sponiewierało pisanie sceny kończącej „Pułapkę na anioły” i nic do tej pory nie może się z tym równać. Mam jednak pewne przeczucie, że to co piszę teraz, zrobi ze mną coś jeszcze mocniejszego.

A gdybyś tak jednym zdaniem miał opisać „Martwe mleko”, to jak by brzmiało? Wiesz… jak np. księgarka/księgarz ma zachęcić do kupna Twojej książki. A wiem, że to trudne, bo... to nie kryminał! 😊

Nie znoszę tego i nie potrafię. Po iluś już rozmowach potrafię złożyć kilka zdań, które jakoś książkę podsumują, ale są to zazwyczaj nie moje słowa, ale jakieś podsumowania czytelników. Kiedy ja się zabieram za opowiadanie o czym jest książka, to po kilkunastu zdaniach mam przed sobą twarz zdziwionego rozmówcy, który nie ma pojęcia o czym do niego mówię. Nie umiem opisywać własnych książek i nauczyłem się już też czegoś ogromnie ważnego, a mianowicie tego, że nie ma zupełnie znaczenia o czym ja książkę napisałem według siebie, bo liczy się o tym, o czym książkę według siebie przeczytał odbiorca. I to są ciekawe rozmowy, i taką mieliśmy przecież w gronie wydawniczym, gdzie pośród czterech osób były cztery różne opinie na ten temat. To jest piękne, o to chodzi w twórczości, a ze mnie marketingowiec jest raczej przeciętny.

„Martwe mleko” dedykujesz „dziadkowi Andrzejowi, który kłaniał się ziemi, żeby ją lepiej usłyszeć”. Kim był dla ciebie dziadek? Jaka więź was łączyła?

Zostawię tego dziadka dla siebie. Stawał się dla mnie bardzo ważny wraz z moim dojrzewaniem, a najważniejszy się stał, kiedy go zabrakło. Tak to chyba działa, że kiedy my stajemy się dorośli doceniamy relacje i ludzi, których już nie ma, widzimy jak wiele nam dały i pewnych rzeczy żałujemy. Dziadek nauczył mnie dwóch bardzo ważnych rzeczy: szacunku dla pracy oraz szacunku do najprostszych prawd o świecie, po którym chodzimy. Świat jest prosty i piękny, to my go sobie skomplikowaliśmy.

A teraz przejdziemy do samej treści. Dwie linie czasu, w które sprawnie wplatasz tekst, który ukazał się w zbiorze opowiadań pt. „Pewniego razu w Szczecinie. Wydarzyło się w księgarniach kameralnych” (Wydawnictwo POZA, 2024), to naprawdę ciekawy zabieg. Mamy rok 1943 w Górach Świętokrzyskich i współczesny Szczecin. Każda z tych historii mogłaby być osobną powieścią. Nie kusiło Cię to?

Trochę tak, przyznaję, ale to się zaczęło dopiero, kiedy wszedłem mocniej w otoczkę tej prawdziwej historii wojennej. Naprawę sporo czasu poświęciłem, żeby poznać fakty historyczne, złapać tło, na którym wydarzyła się ta moja przecież prawdziwa historia rodzinna. Zdobyłem nieco opracowań, kupiłem w antykwariacie postrzępione książki, zacząłem czytać i szczęka opadła mi: trochę nad moją naiwną niewiedzą, trochę nad postacią mitycznego Kata Łysogór, czyli niemieckiego oficera odpowiedzialnego za największe pogromy na ziemi kieleckiej podczas drugiej wojny światowej. Ta postać zafascynowała mnie, ale oczywiście w tym fragmencie dla mnie typowym, czyli zapragnąłem wejść w jego historię i zrobić opowieść o tym w jaki sposób stał się takim, a nie innym człowiekiem, co zrobiło z niego zbrodniarza, co się w tej głowie działo w określonych momentach. Zostawiłem jednak tę pokusę, bo przestraszyłem się odpowiedzialności za pisanie książki już w takim wypadku historycznej i powróciłem do pomysłu bazowego. I tuż po pierwszym rozdziale wpadł mi do głowy pomysł, by wpleść tam moje opowiadanie z antologii, bo jestem przekonany, że ta historia zasłużyła na rozwinięcie. Pewnie by można z tej książki zrobić trzy inne, ale po co. Pomysłów mi nie brakuje, brakuje mi czasu na nie. Ale… czy ja mówiłem już o tym, że „Cukier na duszy” to miały być dwie osobne książki, które zdecydowałem się jednak zaplątać w jedną historię?

Tak, wspominałeś kiedyś o tym podczas wywiadu. A który świat wolisz opisywać? Przeszłość czy współczesność?

To nie ma dla mnie znaczenia, byle był to świat brudny, nieoczywisty, daleki od nowoczesności i absolutnie nietechniczny. Uwielbiam opisywać historie dziejące się na wsi, w małych społecznościach, w jakichś nieokreślonych miejscach. Nie przepadam za pisaniem na przykład o nowoczesnym Szczecinie, więc nawet kiedy o nim piszę, to po swojemu. Nigdy jednak nie zastanawiałem się jak by to było opisać dla odmiany przyszłość… Sporo jeszcze przede mną 😉.

Wiesz, że o takich osobach jak ty, mówi się, że mają „starą duszę”? Podoba ci się to określenie?

Może starą, a może nie swoją, a może dusza jest zlepkiem cudzego czasu, przeżytego przez kogoś innego. 😉 Nie wypuszczaj mnie w te rejony, bo nie skończymy rozmowy. 😉 Nie wiem co o tym myśleć. Czasami mam wrażenie, że moja dusza jeszcze nie dojrzała, że wciąż się bawi w piaskownicy. Od dziecka miałem jednak w sobie dorosłe przeżywanie świata. Może coś jest na rzeczy.

Pierwsze sceny z prologu na długo zapadną w pamięci wielu czytelnikom. Gotowanie rosołu przez kobiety stał się w tej historii pewnym symbolem. Zaplanowałeś to?

Tę scenę w prologu zaplanowałem. Potężny to ładunek symboli, emocji, bolesny obraz tego, jak proza i głód życia spotykają się z rzeczami ostatecznymi. Wiedziałem, że ta scena mocno niesie, ale nie przypuszczałem, że stanie się aż tak istotna, że ktoś w recenzji określi ją nawet jedną z najmocniejszych scen w polskiej współczesnej prozie. Jest potężna, jestem z niej zadowolony. Ciekawa rzecz natomiast wydarzyła się później, bowiem w tej scenerii współczesnej inna kobieta gotuje posiłek dla innego kata i tego linku już nie zaplanowałem, to wyszło ze mnie zupełnie nieświadomie, a skleiło się w niesamowity sposób. To chyba dowód na potęgę literatury prawdziwej, nie obliczonej na efekt biznesowy, na sukces czytelniczy, w ogole na żaden efekt, poza spełnieniem autora…

Dwie linie czasu i dwoje bohaterów. Każde z nich musi zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem i konsekwencjami decyzji, które kiedyś podjęli. Przejmująco opisujesz pełne strachu, niepewności i przemocy lata wojny. Czas, w którym młodzi ludzie mimo wszystko znajdowali przestrzeń na pierwsze zakochanie… I przejmująco opisujesz ich nieszczęśliwą młodość. To bardzo poruszająca historia m.in. o wierze, że jesteśmy naznaczeni i poczuciu winy… Mam nadzieję, że nie tylko ja rozgrzeszyłam Józefa. Ty też?

Ja swoich bohaterów nie oskarżam. Używam ich po to, żeby czytelnik mógł ich oskarżyć i rozgrzeszyć, jeśli na to zasłużą. Dla mnie najistotniejsze jest nie to, kim postać jest, ale jak się taką stała. A Józef stał się Józefem w czasie, gdy krew płynęła koleinami dróg, a młodzi ludzi pomimo wszystko, a może właśnie na przekór, przeżywali swoje pierwsze miłości, kotłowali się w sianie, nie chcieli tak łatwo się oddać przeznaczeniu, zrezygnować. Łatwo jest dziś oceniać przeszłość z perspektywy naszego wygodnego świata, oni jednak naprawdę w tym syfie chcieli wydrapać z życia, ile się dało. To przejmujące, to mnie wzrusza, bo to jest ta prawda o podstawach świata, której nauczył mnie dziadek.

Bardzo wzruszająco opisałeś relację Józefa z Bolem...

Dałem im siebie na drodze i obaj byli sobie tak samo potrzebni. Miałem nieco inny pomysł na tego chłopaka, ale wzruszyła mnie jego bezradność wobec losu i desperacka chęć walki o namiastkę normalności w jego chorym świecie. To znowu pewne odniesienie dla jego rówieśników z czasu wojny… Wszyscy pragniemy szczęścia, pomimo wszystko.

O tym, że wplotłeś do tej książki cząstkę wspomnień rodzinnych, mówiłeś wielokrotnie. A co przywiodło cię do Centrum Opieki Seniora?

Pewnie przeznaczenie, haha 😉 Wiesz, potrzebowałem jakiegoś pomysłu, przez który młoda szczecińska dziewczyna z dostatniego domu spotka się ze staruszkiem i jego historią. Wpadłem więc na pomysł domu starców, jakiegoś domu opieki, odpaliłem przeglądarkę, wpisałem coś o seniorach w Szczecinie, pojawiło mi się Centrum Seniora. Nie miałem pojęcia co to za instytucja, ale napisałem mejla z prośbą o rozmowę, zaproszono mnie, przyszedłem i przepadłem. Centrum nie ma nic wspólnego z domem starców, to miejsce które z jednej strony poprzez działania wolontariuszy wspiera ludzi starszych, którzy potrzebują tego wsparcia w swoich domach, z drugiej zaś strony tworzy dla nich integrujące środowisko, zachęca do wyjścia z domu, spotkania się, wspólnego spędzania czasu. Poznałem tam dwie niesamowite osoby: Ewę i Marcelinę, które to centrum prowadziły i dziewczyny dały mi taki ładunek historii i tak bardzo odkryły siebie, swoje motywacje do bycia w takim miejscu, kawałki swojego życia. Bez nich ta książka nigdy nie byłaby choćby w połowie taka, jaką jest.

Agata, bohaterka Twojej powieści, to kobieta, która ucieka przed przeznaczeniem. W domu może dostać wiele, ale raczej są to rzeczy materialne, więc wciąż czegoś jej brak… Żyje na przekór sobie i rodzicom. Nie chce być taka jak oni, lecz nie zawsze jej się to udaje… Życie z ojcem tyranem pod jednym dachem i matką, która topi smutki w alkoholu nie jest łatwe... Bogna, którą pozna w Centrum Seniora, od dziecka marzy o supermocach. W „Martwym mleku” obserwujemy, jak próbują sobie poradzić i coś zmienić w swoim życiu. Piszesz o kobietach, które szukają w sobie siły. Łatwo było wczuć się w ich emocje?

Po dwóch pierwszych książkach pojawiło się wiele głosów mówiących, że piszę wyłącznie o facetach, o perspektywie faceta, że kobiety mają role marginalne, nie są analizowane etc. Nie mogłem się z tym zgodzić, bo rola Ireny w Pułapce czy innych kobiet z drugiego planu w Cukrze była bardzo istotna. Refleksyjne ze mnie jednak zwierzę, zatem zacząłem co raz to bardziej tę perspektywę kobiet odkrywać. W „Beksie” to kobiety biorą sprawy we własne ręce, to ich historie są zwierciadłem, w którym odbijają się błędy facetów. W „Martwym Mleku” kobieta jest jedną z głównych bohaterek i rzeczywiście to jest już dla mnie inne zadanie i inne wyzwanie, bo ryzyko że źle pokażę perspektywę i emocje właśnie kobiety, było spore. Nie wiem skąd, nie wiem czy łatwo, ale chyba prawdą będzie jeśli powiem, że mam zdolność czucia emocji ludzi niezależnie od płci. Taki mam konstrukt, to są moje supermoce i korzystam z nich. 😉

„Martwe mleko” to również powieść o tym, jak bardzo potrzebujemy drugiego człowieka. Myślę, że każdy odczyta i weźmie dla siebie z tej historii, to co aktualnie dla niego jest ważne. Dostałeś już jakieś informacje od czytelników, które cię zaskoczyły?

Zawsze coś mnie zaskakuje, bo jak już mówiłem wcześniej, interpretacja czytelnika jest dla mnie wspaniałym doświadczeniem. Myślę że to moje pisanie daje się odczuwać i interpretować na wielu poziomach, w wielu płaszczyznach i tak różnorako, że każda wracająca do mnie opinia jest trochę o czymś innym. Jedni mówią o języku, inni o emocjach, jeszcze inni o zaskakującej historii i niespodziewanym poprowadzeniu bohatera. Najbardziej zaskoczyła mnie jednak opinia, która od pewnego czasu się powiela, że „Martwe Mleko” to opowieść o dziedziczeniu traum narodowych. Była to pewnie jedna z ostatnich rzeczy, która by definiowała dla mnie te historię w momencie, kiedy ją tworzyłem, dziś jednak mogę potwierdzić, bo czytelnicy mnie do tego przekonali – tak, to jest książka również o tym. 😉

Małe wsie w Górach Świętokrzyskich i Szczecin. Twoje miasto. Ulica Heyki z jej mrocznymi zakamarkami… Opisując konkretne miejsca w swoich książkach potrzebujesz tam pojechać, poczuć ten klimat, czy wystarczy wspomnienie?

Muszę zobaczyć miejsce, poczuć je, jakoś dotknąć. Te świętokrzyskie wioski znam, bo tam spędzałem w dzieciństwie wszystkie wakacje. Ulicę Heyki znam, niejednokrotnie tam byłem i zafascynowała mnie na tyle, że pewnym było, iż prędzej czy później się w jakiejś historii znajdzie. Piszę teraz opowieść, która dzieje się w małej osadzie, dosłownie cztery domy i bagna dookoła. Pojechałem tam, spędziłem chwilę, zrobiłem zdjęcia i otworzyły mi się zupełnie nowe pomysły. Jeżeli mogę dotknąć miejsca, o którym piszę, to mi to pomaga. Jeśli jest ono dla mnie niedostępne, to jego wyobrażenie sklejam z szeregu innych realnych miejsc. Wszystkie postaci i miejsca są jakimś zlepkiem tego, co już było.

Twoi czytelnicy wiedzą, że język i emocje są dla Ciebie ważne. I metafory, z których budujesz poetyckie zdania. One pojawiają się u ciebie podczas pisania? Czy łapiesz je w trakcie dnia i zapisujesz?

One mnie prześladują w każdym kawałku życia niezależnie od pory dnia i nocy. 😉 To moja kolejna supermoc, cieszę się, że znalazłem dla niej ujście. Nie wiem skąd się biorą, czasami wręcz muszę hamować, żeby nie zdominowały tego co mówię. Mam w sobie jakiś metaforyczny sposób odczuwania świata, potem dobieram tylko do tego słowa i samo już dalej leci.😉

Kolejny powód, by zazdrościć Grzelakowi! Świetni wydawcy, supermoce… 😊 
Zasiadając do pisania tej powieści znałeś jej zakończenie? Czy wyłoniło się w trakcie?

Zawsze znam zakończenie, kiedy zaczynam, bo to są dla mnie ramy, w których maluje historię i to co po środku bywa niespodzianką, ale początek i koniec definiują mój pomysł. Oczywiście w trakcie weryfikacji zmianie ulegają pewne niuanse, pomysły nabierają realnego kształtu, dzieją się rzeczy, które są potem kluczowe dla ostatniego obrazka. Zakończenie Mleka również zaplanowałem, a jednak po konsultacjach z wydawcą dokonałem delikatnego tuningu. Powstał dosłownie jeden akapit, kilka zmian, które niby nic nie zmieniają w merytoryce historii, ale zostawiają czytelnika z innymi pytaniami, bądź z innym bagażem.

Czytelnicy pytają o audiobook „Martwego mleka”. Będzie?

Będzie, oczywiście. Niebieskie dogrywa sprawę, wiem że jest kilka ciekawych ofert. Nie ma pośpiechu, bo patrz punkt pierwszy – jakość jest najważniejsza, zatem starannie wybrany pomysł wymaga staranne realizacji. Więcej nie mogę zdradzić 😉

Słuchasz czasem interpretacji swoich książek?

Tak, słucham. Nie każdej z taką samą przyjemnością, ale każdą przynajmniej raz po to, żeby wiedzieć co dostaną na rynku czytelnicy. Dziś mam już większą poprawkę na to, że to co słyszę nie będzie nigdy odzwierciedleniem tego, co brzmiało w mojej głowie, kiedy pisałem. Inny jest rytm czucia, inna jest interpretacja. Moje zdanie jest tu istotne tylko do pewnego momentu.

Niedawno była premiera słuchowiska w Radiu Szczecin. To było z pewnością coś zupełnie innego, niż odsłuchanie audiobooka? Były emocje?

Ogromne, nie do opisania. Jednym jest możliwość wysłuchania czyjejś interpretacji, ale oddanie tekstu do adaptacji, czyli zupełnie puszczenie kontroli, żeby ktoś mógł z historii zrobić drugą historię, jest czymś nieprawdopodobnym. Byłem więc dumny, kiedy się dowiedziałem, że Radio Szczecin chce taką adaptację wyprodukować. Byłem ogromnie podekscytowany, kiedy dostałem do zaopiniowania scenariusz Magdy Wleklik. Byłem tak potwornie wzruszony, kiedy patrzyłem na wspaniałą grę aktorów, na to jak Mikołaj Matczak czy Konrad Pawicki interpretują emocje moich bohaterów, czyli poniekąd moje emocje.

A teraz twoi bohaterowie/bohaterki. Gdy o nich piszesz masz ich portrety przed oczami? A może tworzysz w wyobraźni ze znajomych twarzy lub twarzy aktorów?

Z tym bywa bardzo różnie. Postać główna jest zazwyczaj odwzorowaniem kogoś, kogo zobaczyłem. Wszystkie postaci są zlepkiem prawdziwych ludzi, ich fragmentami, które mieszam ze sobą w taki sposób, że z tego koktajlu nie sposób tych prawdziwych ludzi wypatrzyć.

Z którym z nich chciałbyś porozmawiać o… życiu?

Z każdym rozmawiam. Żaden nie jest mi obcy. Oni są trochę mną, ja jestem nimi. Tu nie ma zagadek. Rozmawiam z nimi i sobą często. 😉

Którą swoją powieść chciałbyś zobaczyć na ekranie? Jeśli wszystkie, to którą pierwszą? 😊

Oczywiście, że wszystkie 😉, ale gotowym chodzącym scenariuszm na miniserial jest „Cukier na duszy”. To szkatułkowa opowieść z klucza podzielona na odcinki, przyjaciela do wynajęcia, który jest moim z jednych ulubionych pomysłów. Marzy mi się Pułapka zrobiona w szarości przez Smarzewskiego, marzy mi się „Beksa” jako dramat społeczny, trochę kino akcji. Sporo mi się marzy. 😉

Po czterech powieściach, wiesz już kim są Twoi czytelnicy? Masz już taki obraz? Może wyłonił się po spotkaniach? 

Emocjonalność tego co piszę wymaga pewnej dojrzałości odbiorcy, siłą rzeczy więc nie czytają mnie najmłodsi z dorosłych czytelników, a raczej ci z pewnym bagażem przeżyć, który pozwala im zadać sobie pytania, do których zachęcam. Płeć czy wiek definiują się same, to sa statystyki, jednak dla mnie największym sukcesem jest, kiedy ktoś przyzna mi, że lektura moich książek odciągnęła go od kryminałów na rzecz literatury pięknej.😉 To co więc łączy moich odbiorców, to potrzeba przeżywania i szacunek dla przemyślanego słowa.

Wiem, że wielu autorów już w kilka dni po premierze najnowszej książki ledwo pamięta co w niej było, bo… piszą już kolejną. Ty też już zacząłeś, prawda? I znów nie będzie to kryminał…😊

Ja nie będę pisał kryminałów, nie widzę najmniejszej potrzeby, żeby zmieniać gatunek. Jeśli kiedyś z czymś zaromansuję, to z historiami dla dzieci.😉 Piszę, zaczynam od razu po zakończeniu jednej książki, ruszam z planowaniem, zbieraniem materiałów, piszę prolog lub pierwszy rozdział, żeby mieć powieść caly czas na warsztacie i trzymać się swoich planów. Chcę wydawać jedną dobrą książkę w roku. Nie więcej, bo nie dam rady znaleźć tyle czasu i nie chcę, żeby moje książki straciły na jakości, tylko na niej zyskiwały. Nie mniej, bo nie chcę, żeby ludzie o mnie zapomnieli. Zostawiam więc jedną historię, wchodzę do drugiej i ona z automatu staje się moją ulubioną. Lubię to, co teraz piszę. Mamy fazy mniej i bardziej intensywne, zawsze jednak lato jest tym okresem, kiedy nadganiam najwięcej. Na razie mam za sobą jakieś 20% tekstu, daleka droga więc jeszcze przede mną, żeby zgodnie z planem do końca tego roku skończyć i zamknąć historię. A co do pamięci do zdarzeń, faktów, postaci, ich imion… Pułapkę mogłem cytować z głowy, wybudzony w środku nocy. Teraz dość często dziwię się, gdy słyszę cytat z mojej książki, że to ja w ogóle napisałem. 😉

To jeszcze pytanie na koniec: Ptasie mleczko? Mleko w tubce? Mleko w kartonie czy prosto od krowy? Co wybierasz? To tak żeby czytelnicy wiedzieli, co przynosić na spotkania. 😊

Nie znoszę mleka w czystej formie. Po postu nie znoszę 😉.Ptasie mleczko, i to tonami, niestety kocham 😉

Ogromną ilość pytań Autorowi zadała Monika Wilczyńska

MARCIN GRZELAK - tworzy literaturę piękną z elementami obyczajowo-kryminalnymi, bo jak sam mawia: kocha zabawę słowem oraz igranie z trudnymi emocjami. Urodził się w 1978 roku. Pochodzi ze Złocieńca, ukończył Wyższą Szkołę Morską w Szczecinie, gdzie mieszka i pracuje. Zadebiutował w 2022 roku entuzjastycznie przyjętą powieścią „Pułapka na anioły”. Rok później ukazała się jego druga książka „Cukier na duszy”. Wydana w roku 2024 powieść „Beksa” jest pierwszym tekstem autora, który doczekał się adaptacji w formie słuchowiska radiowego. Jego opowiadanie „Obyś żyła wiecznie” znalazło się w bestsellerowej antologii szczecińskich pisarzy zatytułowanej „Pewnego razu w Szczecinie”. Pasjonat muzyki i literatury. Zagorzały fan koszykówki, podróży i wędkarstwa, na które konsekwentnie od lat nie ma czasu.

Kontakt

Monika Wilczyńska – współpraca z wydawnictwami, patronaty medialne, współpraca z recenzentami.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Informacje na temat wydarzeń literackich w naszym mieście można przesyłać na adres:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.