17 kwietnia w szczecińskim wydawnictwie POZA miała swoją premierę najnowsza powieść Marcina Grzelaka. Poniżej rozmowa z Autorem o niezadanych pytaniach, marzeniach z dzieciństwa, pisaniu wierszy i łzach....
Minął ponad miesiąc od oficjalnej premiery Twojej najnowszej powieści pt. „Beksa”. Jak wspominasz ten dzień?
Zostanie to ze mną na zawsze, bo była to chyba największa nagroda, jaką mogłem dostać za cały wysiłek, włożony w książkę. Niesamowite doświadczenie i to w wielu wymiarach, bo przecież zrobiliśmy tę premierę z rozmachem, w teatrze, przy pełnej widowni; bo byli tam moi bliscy, przyjaciele, lokalni pisarze, czytelnicy; mówiliśmy o ważnych sprawach, a wokół biegały dzieci… To pokazuje, że wokół literatury można budować nie tylko estymę i pokraczne pomniki powagi, ale literatura jest przede wszystkim o ludziach i dla ludzi. Jestem ogromnie wdzięczny wszystkim, którzy przyłożyli rękę do tego wieczoru.
A potem się zaczęło: spotkania, rozmowy, wywiady…. Przez ten czas odpowiedziałeś pewnie na wiele pytań dziennikarzy i czytelników. Przyznaj, na które pytania nie lubisz odpowiadać? :-)
Odpowiadam na każde pytanie, nawet po raz setny, bo moje odczucia nie mają tutaj znaczenia. Pytanie pokazuje zainteresowanie pytającego, a uwaga czytelnika jest dla mnie największym uznaniem. Nie mniej jest kilka pytań, które wzbudzają we mnie uśmiech, lekkie zmęczenie, jakieś przebłyski irytacji. Nie lubię już pytań o początki mojego pisania. Mam już etap „rozpoczynania” za sobą i wolę mówić o tym, co przede mną. Formę obiegowego żartu przybrało już pytanie „dlaczego te twoje książki są takie smutne”. Podobno tym pytaniem można mnie łatwo zirytować.
A jakie jeszcze do tej pory pytane nie padło, na które czekasz? Chętnie je zadam :-)
Czy wytrwasz w tym postanowieniu, że chcesz zostać zawodowym pisarzem? Nikt o to w ten sposób jeszcze nie zapytał. Wszyscy zakładają, a ja to przecież potwierdzam, że mam siłę, żeby się z tym niełatwym światem zmierzyć, aż do skutku, a ja mam czasami zwyczajnie dosyć. Uparłem się, chcę tego, jestem przekonany, że potrafię, ale codzienność jest huśtawką, napędzaną w dużej mierze przez frustrację. Są chwilę, kiedy mam ochotę się poddać.
Po trzeciej książce, masz już jakieś doświadczenia. Powiedz, co jest najtrudniejsze w promocji?
Zacytuję, pewnie niezbyt precyzyjnie, Michała Rusinka: self publishing robi literaturze kłopot; zbyt wiele wydaje się teraz książek, ich selekcja jest żadna, kanały dystrybucyjne się zapychają. Przez to z dobrą propozycją trudno jest się na rynku przebić. Najtrudniejsze jest więc znaleźć drogę opowiadania o książce, która dotrze do szerokiego grona. Do tego potrzeba zaufania płynącego od wydawcy zdeterminowanego, żeby wydawać rzeczy dobre, a jednocześnie skupionego na tyle, żeby te dobre rzeczy wyłuskać.
Bohaterowie Twojej najnowszej książki „rozbrajają pociski z przeszłości” i płaczą do środka, bo wychowano ich w przeświadczeniu, że na zewnątrz płacze tylko… beksa. Spotykasz wielu pozornie silnych mężczyzn, którzy skrywają wrażliwą duszę?
Taki jest konstrukt współczesnego mężczyzny: oparty na pozorach, stereotypach i odgrywaniu roli. Wrażliwość duszy to jedno i to bardziej mówi nam o sposobie przeżywania świata, być może opowiadania o nim. Inną rzeczą natomiast jest, i o tym chcę mówić wokół „Beksy” świadome przeżywanie przez facetów siebie samych, swoich emocji, swoich słabości; świadome definiowanie swoich pragnień i przede wszystkim – odwaga mówienia i walki o to. Kobiety dzielnie walczą o swoje miejsce na świecie, dzielnie walczą z rolą, jaką przez lata przypisał im patriarchat. Niech jednak faceci zawalczą też z tym, co przez setki lat zrobili sami sobie. Dzisiejsza męskość jest ofiarą niemądrych schematów i pragnień, które prowadzą facetów od zawsze.
Ty też jesteś typem wrażliwca. To się czuje czytając Twoje książki. Pisząc powieść wchodzisz głęboko w przeżycia bohaterów? Jeśli tak, jak sobie z tym radzisz w życiu codziennym? Masz rodzinę, pracę zawodową....
Wchodzę w postać głęboko. Kosztuje mnie to sporo emocjonalnie, tym bardziej, że moje postaci mocno mówią o mnie. Mam takie momenty w pisaniu, kiedy emocję, które przerzucam na słowa, muszą się najpierw przemielić we mnie. Nie ma w moim pisaniu wyrachowania, nie piszę pod czytelnika, nie piszę tego, co się sprzeda. Piszę to, co chcę, to co potrzebuję powiedzieć. Płacę za to frycowe, bo sprzedaje się coś innego, ale w tym wytrwam. Lubię być w zgodzie ze sobą.
A kiedy Ty płaczesz? I czy nie wstydzisz się łez?
Nie wstydzę się wrażliwości, swoich emocji, bezradności, niewiedzy. Płaczę rzadko. Są to już momenty krytycznego przedawkowania świata, bądź nieprzeżytych poprawnie emocji. Ten płacz mężczyzn w „Beksie” jest czymś symbolicznym, pewną metaforą. Rzecz bardziej w świadomym pokazaniu prawdy o sobie, niż w fizycznym zalewaniu się łzami. A wzruszać mnie jest bardzo łatwo. Potrafię się zaszklić na co dzień i nie potrzeba do tego ekstremalnych przeżyć.
Akcja dwóch poprzednich książek toczyła się w małych miasteczkach, w „Beksie” nareszcie mamy Szczecin! To był Twój wybór, czy naciski czytelników?
Naciski czytelników, sugestie ze świata wydawniczego i od doświadczonych autorów. Nie miałem potrzeby opisywać Szczecina, dodałem go jako dekorację, bo Szczecin wciąż szuka historii o Szczecinie. Kiedy już jednak w tę scenerię wszedłem i znalazłem w niej swój sposób na obrazowanie, było już tylko dobrze. To jest wspaniałe miasto, chyba przez te swoje niedopowiedzenia, tak wieloznaczną historię. Wolę jednak małe światy, takie obdarte z nowoczesności i szumu tramwajów. Bliżej mi do Smarzowskiego, niż do wielkomiejskiego kina akcji.
Czy Grzegorz Turnau dostał już swoją „Beksę”?
Jeszcze nie, bo zależy mi na spotkaniu z panem Grzegorzem, na tym żebyśmy mieli chwilę na rozmowę, żebym mógł opowiedzieć mu skąd w ogóle wziął się w mojej opowieści i dlaczego jest to przejaw absolutnego uznania dla jego twórczości. Nie mogę się doczekać na tę chwilę.
Okładkę „Beksy” zaprojektował mistrz polskiego plakatu, Jacek Staniszewski. Jak można ją odczytać? Przyznam, że kilka osób mówiło mi, że jest świetna, ale nie bardzo rozumieją przesłanie… Pomożesz? ;-)
Nie pomogę. Ja czytam tę okładkę po swojemu. Ona oddaje mi po mojemu tę książkę, a gdyby nie było książki, gdybym zobaczył to w formie plakatu na przykład, to czytał bym ją nadal na swój sposób. Niech każdy znajdzie w niej to, co zechce. Nie było naszą intencją to, żeby okładka niosła jedyne słuszne przesłanie. Na tym polega sztuka, że każdy czyta ją na swój sposób. Pan Jacek zrobił to po mistrzowsku. Obraz jest piękny, mocny, sugestywny, ale nie zamyka nas w jednej interpretacji. Dla mnie ty wymiar absolutnego kunsztu twórcy.
Czytając Twoje książki mam nieodparte wrażenie, że poezja jest ci bliska... Te poetyckie zdania pełne metafor… Przyznaj się - pisałeś kiedyś wiersze?
Napisałem w życiu jeden wiersz i z całą pewnością powiem, że w poezję nie potrafię. Nie czytam poezji, nie piszę poezji, ale mam w sobie coś, co można chyba nazwać poetyką przeżywania i ekspresji. Lubię metaforę jako narzędzie i w tej metaforze stosuję zabiegi poetyckie. Lubię kiedy zdanie jest zbudowane bez patosu, ale niesie piękno języka i moc emocji. Może gdyby ktoś mnie do świata poezji wprowadził… Nie wiem.
Kim w dzieciństwie chciał zostać mały Marcin?
Kowbojem. Naprawdę… Uwielbiam naturę, konie, góry, prostotę życia, prostotę zasad, emocji. Szanuję ciężką pracę, lubię podróżować, spać pod gołym niebem… Chwilę później natomiast chciałem zostać gwiazdą rocka. Nigdy nie zamierzałem być zawodowym pisarzem, a teraz nie wyobrażam sobie innego scenariusza.
Pisanie jest dla ciebie przyjemną zabawą ze słowami, z których tworzysz historię, czy ciężką pracą?
Jednym i drugim. Pisanie jako proces jest mozolne, niezbyt przyjemne, często irytujące. Wymaga konsekwencji, koncentracji i przede wszystkim czasu. Zabawa słowem to coś, co mi ten proces uprzyjemnia. Dlatego też chyba nigdy nie napiszę książki, która po prostu będzie historią, bez skupienia na formie, bez sięgania po ważne społecznie wątki, bez rozdrapywania człowieka. Wszystkie historie już się wydarzyły, rzecz w tym, w jaki sposób je teraz opowiemy.
Na jednym ze spotkań mówiłeś, że w Twoich powieściach jest sporo prawdziwych zdarzeń i postaci. Ustalmy jednak: to nie są historie o Tobie i twoim trudnym dzieciństwie i życiu, prawda?
Prawda użyta w książkach ma trzy wymiary: pierwszy to po prostu sceneria (na przykład Złocieniec), drugi to prawdziwe zdarzenia, które wplotłem w fikcyjne losy postaci (wyprawa na węgorze z moim ojcem, na której pogryzły mnie setki komarów, jest faktem); trzeci wymiar to moje prawdziwe przeżycia, te jednak zostawiam wyłącznie dla siebie. Pisanie ma dla mnie również ogromny aspekt autoterapeutyczny.
No dobrze. A teraz powiedz mi szczerze: Będziesz pisał kryminały? One przecież tak świetnie się sprzedają! ;-)
Dziś odpowiadam „nie będę”. Niech robią to ci, którzy to świetnie potrafią, a mamy takich w Szczecinie kilkoro. Lubię dobre kryminały, często po nie sięgam, ale to nie jest moja forma ekspresji. Nie byłbym w tym autentyczny. Jeżeli kiedyś napiszę i wydam typowy kryminał, będzie to znaczyć, że się poddałem. Ale na dziś, na tu i teraz, powiedzmy też o tym, że ja w mojej książce kryminał miksuję z literaturą obyczajową i piękną. Taki to mój sposób opowiadania. Tyle kryminału mi wystarczy, tak go potrafię napisać.
W jaką literacką podróż zabierzesz nas w najbliższym czasie?
Zaczniemy tę wycieczkę w roku 1941 na kieleczczyźnie, a kończymy ją we współczesnym Szczecinie. Jest to moja fantazja na temat naszej prawdziwej rodzinnej historii, w której brat oddał życie za mojego dziadka, pojmanego przez hitlerowców i skazanego na śmierć za wspieranie partyzantów. Chcę w tej książce pokazać, jak decyzje które podejmujemy tu i teraz definiują przyszłość. Jak różna mogłaby być teraźniejszość, gdyby ktoś kiedyś podjął jedną drobną decyzję w inny sposób. A wszystko to oczywiście na kręgosłupie fabuły kryminalnej i napisane po mojemu. Sam nie mogę się doczekać dokąd zaprowadzi mnie ta opowieść.
Trzymam zatem mocno kciuki i czekam na Twoją czwartą książkę! Dziękuję!
Z Autorem rozmawiała Monika Wilczyńska
Marcin Grzelak – urodzony w 1978 roku. Pochodzi ze Złocieńca, ukończył Akademię Morską w Szczecinie, gdzie mieszka i pracuje. Zawodowo manager w branży transportu i logistyki. Pasjonat muzyki, literatury i fotografii, zagorzały fan koszykówki oraz wędkarstwa. „Pułapka na anioły” jest jego literackim debiutem. W 2023 roku ukazała się kolejna książka „Cukier na duszy” a w maju 2024 r. powieść „Beksa”.

