Minął tydzień od przeczytania tekstu Przemka Budzińskiego, a ja dopiero mogłam zebrać się w sobie, żeby wydusić parę zdań. I to nie dlatego, że nie wiedziałam, co napisać. Wręcz przeciwnie – miałam w sobie za dużo emocji, obrazów, słów, które grzęzły mi w gardle. „Agonia bursztynowych ważek” to nie książka. To przeżycie. Cios prosto między oczy. Po którym się upada. I długo podnosi.
Autor zabiera czytelnika w okolice Szczecina za czasów Piotra Zaremby – na Ziemie Odzyskane, które nigdy do końca nie zostały odzyskane w ludzkich sercach, do krajobrazu po wojnie, w którym przyroda milczy jak świadek zbrodni, a ludzie próbują posklejać siebie z popiołów. I w tym świecie rozgrywa się czteroczęściowa opowieść – cztery akty czterech jeźdźców apokalipsy: Wojny, Głodu, Zarazy i Śmierci. Każdy z nich przechodzi przez karty powieści z impetem, jakby rozdzierał samą materię języka. I każdy pozostawia po sobie coś więcej niż trupie ciało – zostawia pytanie o granice człowieczeństwa.
Pierwsze „biada” (czyt. chapeau bas) – rozmach. Z opowieści o bandach i szabrownikach, autor zrobił epicki fresk o moralnym rozkładzie i próbie odkupienia. Każda scena, z tych brutalnych zwłaszcza, nie jest tanią sensacją, lecz głębokim komentarzem o naturze zła. A kiedy czytałam opisy ciał – poranionych, zesztywniałych, rozkładających się – miałam wrażenie, że autor wchodzi pod skórę nie tylko ofiar, ale i oprawców. Ciało jest wyłącznie skorupą, a prawdziwa agonia dzieje się… w duszy. Tak jak w Apokalipsie, to nie fizyczna śmierć jest najgorsza, lecz wewnętrzne rozdarcie i utrata sensu. Autor staje się więc prorokiem pierwszego „biada” – pokazującym, że zło jest pasożytem, który żywi się ludzkim sumieniem.
Drugie „biada” – bohaterowie. Bo choć wielu z nich nie przetrwa, to zostaną w pamięci. Rufus, Wilhelm i Otto zwany Knurem. Aeshna rzucająca klątwę. Artur wytrzymujący bez krzyku pchnięcie bagnetem. Husarz patrolujący okolicę. Figury jak z pola bitwy, pół-ludzie, pół-cienie, echo wojny i zagłady. Nawet ci, którzy przetrwali, są skażeni złem, a ich heroizm jest podszyty rozpaczą. To „biada” ludziom po wojnie – którzy przeżyli, ale nie potrafią już żyć. Każdy z nich to mikroświat po apokalipsie, który ożywa w głowie tak bardzo, że aż chce się ich dotknąć, by sprawdzić, czy istnieją naprawdę. Oprócz Husarza, jego bym nawet nie próbowała…
Trzecie „biada” – język. Brutalny, nieomalże poetycki, lepki od krwi i igliwia. Tak plastyczny, że prawie czuje się zapach gnijącego ciała i słyszy brzęk skrzydeł ważek. Język autora jest narzędziem sądu: żniwem krwi i rozkładu, z którego sączy się prawda o naturze człowieka. Brutalność staje się formą objawienia – oczyszczającego, ale bolesnego. Nie ma tu miejsca na patos ani na litość. Choć mimo wszystko jest jakieś piękno w tej brzydocie i światło w rozpadzie. Nikłe, bo nikłe, ale jest. Turpizm najwyższej próby. Literatura totalna.
I wreszcie czwarte – zakończenie. Bo kiedy myślałam, że już nic mnie nie zaskoczy, autor jednym gestem zburzył całą konstrukcję, jakby sam był piątym jeźdźcem, którego imienia nie znamy. Skończyłam czytać i przez długą chwilę siedziałam w zupełnym stuporze. W Księdze Apokalipsy po trzecim „biada” następuje cisza nieba i wizja nowego świata, a ja poczułam ciężar. Ale też oczyszczenie. Jak po spowiedzi, której się nie chciało odbyć, a którą trzeba było przeżyć. Katharsis. Prawdziwe. Bez dekoracji.
„Agonia bursztynowych ważek” zdecydowanie nie jest powieścią dla każdego, lecz dla tych, którzy się odważą po nią sięgnąć – będzie jak apokalipsa. I przypomnienie, że historia, którą zakopano pod głęboką na kilkadziesiąt lat warstwą milczenia, wciąż oddycha. Pomorze nigdy nie przestanie szeptać o tym, co widziało. Nigdy.
