Skończyłam „Kurort” późną nocą i powiem wam szczerze — nie było mowy o spaniu. I to wcale nie dlatego, że ta powieść trzyma w napięciu jak thriller (chociaż trzyma), tylko dlatego, że jeszcze długo po przewróceniu ostatniej strony człowiek czuje w środku ten lepki niepokój. Wiecie, taki znajomy zapach chloru, potu i tajemnicy, która czai się za drzwiami sali szpitalnej. Tajemnicy, niestety, opartej na faktach.
Właśnie, szpital. Miejsce, które samo w sobie ma aurę zawieszenia. Tam się nic nie dzieje, a jednak dzieje się wszystko. A Kowalewski w „Kurorcie” (ironia tytułu pierwsza klasa!) pokazuje, że można co chwilę odkrywać coraz to głębsze warstwy własnego i cudzego lęku. Bo to nie jest zwykła powieść milicyjna z czasów Gierka. To jest opowieść o człowieku, który traci grunt pod nogami — i wcale nie dlatego, że jest/był uzależniony od alkoholu. Ups, powinnam była napisać – w kryzysie alkoholowym. Komu ma zaufać? Szanownemu profesorowi Szafirowi? Bognie? Kolegom po fachu? Samemu sobie? Zresztą, czy to w ogóle ważne, co jest prawdą? Może w świecie, gdzie wszyscy kłamią i donoszą, robiąc kariery, prawda jest luksusem, na który nikogo nie stać. A Zła czeka…
Ugne Galant, milicjant po przejściach („Kurort” to piąta z kolei część z nim w roli głównej), trafia do szpitala na Broniewskiego. Szczecinianom nie muszę mówić, co to za miejsce, niemniej miałam przyjemność przebywać parę godzin na oddziale swego czasu, nadzorując egzamin maturalny. I szczerze mówiąc, w niczym nie przypomina już tego powieściowego, gdzie rzeczywistość staje się brutalna i nie do wytrzymania. Kowalewski tworzy klimat jak z najgorszego sennego koszmaru, w którym PRL pachnie lizolem i tanim papierosem, a za ścianą słychać rozpaczliwe krzyki dziecięcych pacjentów. I co najlepsze — autor nie pozwala się z tego upiornego miejsca wyrwać ani czytelnikowi, ani tym bardziej bohaterowi.
Gratuluję Kowalewskiemu sceny wigilijnej (s. 104) w szpitalu psychiatrycznym, nie każdy być może zatrzyma się nad tą aluzją – ja uwielbiam takie literackie smaczki! Pokój numer czterdzieści (i) cztery. Wigilijna kolacja w pełnej konspiracji. Galant zamyślony patrzy przez okno. Słychać „Wśród nocnej ciszy”. A główny bohater — jak Konrad — rzuca wyzwanie bogu (celowo małą literą, jak dotrzecie do tej sceny, to zrozumiecie) i samemu sobie. Autorowi nawet udało się wpisać językowo w stylistykę Wielkiej Improwizacji, szacun pełen. Wina, kara, opłatek — wszystko tu jest, tylko zamiast klasztornej celi mamy salę szpitalną ze zużytymi kocami i zapachem śledzia w oleju ze szczecińskiego Gryfa. To moment, w którym „Kurort” przestaje być kryminałem z czasów PRL-u, a staje się metaforą ludzkiej samotności i buntu. I odkupienia – podobnie jak wykorzystane w innym miejscu fragmenty mojej ukochanej powieści, czytane Galantowi przez Bognę. Nie podam tytułu, zgadnijcie po cytacie: „(…) na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus”. Aluzja do alkoholu czytelna, mam nadzieję.
I kolejny smaczek, tym razem z topografii Szczecina. Bar na Niebuszewie, miejsce, które zna chyba każdy szczecinianin z opowieści albo własnego doświadczenia – „Zacisze”! Zapach smażonych kotletów, kopytek z kapustą i… spirytusu. I nieśmiertelne, rzucane do mikrofonu – „ruskie – raz!”. Takie wspomnienia z tegoż baru mlecznego mam ja, któraż to mieszkam niedaleko. Zaś bohaterka (Iza) wchodzi do „Zacisza” jak w paszczę lwa, a kiedy pijani bywalcy próbują ją obłapić, dostają nauczkę, której długo nie zapomną. Nie ma w tej scenie miejsca na damską delikatność. Autor opisuje ją bez taniego efekciarstwa – twardo, surowo, rytmicznie. Po męsku. Polemizowałabym jedynie, przy jakiej ulicy mieści się ikona niebuszewskich jadłodajni, ale niech będzie, że na Boguchwały, a od siebie dodam – róg z Asnyka. Takich nieśmiertelnych miejsc w powieści jest więcej, między innymi słynna „Kaskada”, jednakże zachwyt nad scenami w niej pozostawiam już czytelnikom.
Kowalewski doskonale czuje ducha lat 70.: przygaszone światła, wieczną szarość miasta, w której i ludzie, i ich winy zlewają się w jedno. Czuć Szczecin. Nie ten pocztówkowy, tylko prawdziwy – zimny, przemoczony, z bezsilnością w oczach. A „Kurort” to nie miejsce rekonwalescencji, tylko próba sił: psychiczna, moralna, egzystencjalna i fizyczna. I raczej sanatorium strachu, w którym człowiek zamiast zdrowieć, zaczyna się bać… to nie książka na plażę ani na spokojny wieczór przy herbacie. To lektura, po której długo się siedzi w ciszy. A może nawet sprawdza w nocy, czy ktoś nie stoi przy łóżku. Brawo, Panie Autorze. Szczecin jeszcze nigdy nie był tak duszny.
