Chciałbym pozwolić sobie na taki przywilej, by za każdym razem, przed lekturą książki spotkać się z jej autorem i zadać kilka pytań. To oczywiście również pułapka, bo jeśli autor okaże się niezwykle sympatycznym i intrygującym rozmówcą, to ciężej będzie wydać konstruktywną krytykę.
Krótki czas spędzony ze Zbyszkiem ukształtował we mnie obraz tej lektury. To lekka sensacja, nie aspirująca do bycia literaturą piękną i nie eksplorująca meandrów ludzkiej psychiki, skierowana dla osób 16+. Określiłbym ją jako komiks, bez obrazków i pewnie zadacie pytanie: czy to w ogóle ma sens? Ano ma.
Autor żongluje czasami i postaciami. Fabuła pędzi niczym rozpędzone BMW na Trasie Zamkowej i ciężko byłoby to zekranizować. Ale nie taki był cel autora.
W swojej powieści złożył pokłon rodzinnym tajemnicom, przekonwertował je po swojemu. Rozliczył się z demonami wcześniejszych pokoleń. Fabuła jest fikcyjna, ale napędzana strzępami prawdziwych historii.
Autor nie uniknął też błędów debiutanta, próbując zbyt wiele wyjaśniać, nie pozostawiając tego niedopowiedzenia czytelnikowi, jak np.: (...) zauważyłem też fałszywie uśmiechniętego rudzielca (...) i dalej (...) że Rudy (bo taki miał pseudonim pasujący do jego włosów) dostał się do partii.
Ale to błahostki nie mające większego wpływu na przyjemność czytania.
To lektura dla starszej młodzieży, z dozowaną ilością wulgaryzmów i bez scen dekapitacji, czy anatomicznych scen zbrodni. I gdy tak do tego podejdziemy, będziemy się podczas czytania dobrze bawić.
