„Nie wiem co właśnie przeczytałem” - powiedziałem do żony odkładając „Inspektorium” Marka Zychli. To atut. Takiego odejścia od sztampy oczekuję.
Przez całą lekturę, zastanawiałem się w którą stronę to pójdzie. Niepokój uzyskany przez wykreowane laboratorium grozy, w którym główni bohaterowie wchodzą na nieznajome sobie ścieżki przypominał mi początkowo starożytne wychowanie w Sparcie, by ewoluować w potyczki znane z serii filmowej „Underworld”, a to wszystko podlane sosem z postapokalipsy.
Wyraziści główni bohaterowie, drużyna z krwi i kości (a w pewnym momencie z zapowiedzi nadmiernego owłosienia i kłów) została rozrysowana nietypowo poprzez listy od matek. Te krótkie historie rozstania, tak odmienne w przekazie, ale zawsze naszpikowane emocjami, eksplorowały świat przedstawiony dużo mocniej, niż jakiekolwiek rozbudowane (i nudne z reguły) opisy. Same pokazywanie relacji pomiędzy młodymi adeptami niezrozumiałej ideologii to ponadgatunkowy szkic problemów młodzieży u progu dorosłości, potrzeby afirmacji, zaakceptowania, poznawania własnej seksualności i koguciego puszenia się do potencjalnych rywali.
Zawiedzeni zostaną Ci, którzy spodziewają się szybkich akcji. Takich nie ma. Fabuła jest ewolucyjna nie rewolucyjna – jak cały świat Inspektorium Z definicji, jako człowiek literacko niecierpliwy, nie przepadam za seriami książkowymi. „Inspektorium” kończy się w taki sposób, że jawi się nam jako prolog do większej historii. Będzie taka. Sam autor to zapowiada. Muszę więc zagłuszyć swoją niecierpliwość i poczekać.
Naprawdę warto.
