Lektura „Ciszy” Marcina Majchrzaka przypomina trochę wprawianie się w stan alkoholowego upojenia.
I tak, zostajemy przedstawieni towarzystwu, a z pierwszymi przechylonymi kieliszkami tej opowieści jest raczej zabawnie, skrupulatnie obyczajowo z dużą dawką wulgaryzmów wyrażonych ustami bohaterów i jednym obrazowym, przedstawionym przez autora. Z kolejnym opowiadaniem, które jest raczej chwilą zadumy, wytartym ze strachu krzyczącego, a raczej szeptanego, zaczynamy się zastanawiać, czy to jest ta konwencja, o której myśleliśmy przy zakupie. Bo wydaje to 2022 roku Vesper, a mamy tu literaturę piękną. W dodatku bajecznie nieskomplikowaną.
Lecz dalej, wraz z kolejnymi przechylonymi toastami, autor dorzuca nam do kieliszków szczyptę grozy, delikatnej przyprawy, która potrafi wypalić gardło. Majchrzak sprawnie przemieszcza się pomiędzy opowieściami, epokami w których buduje narrację, dziwacznymi postaciami dokręcającymi co stronę śrubkę z mrokiem.
Na końcu powraca do nas z początkowym opowiadaniem. Zdążyłem już wtenczas uznać, że znam koniec, ale to nieprawda. Po pijaku robi się różne rzeczy. I w literackim amoku, taki koniec nas czeka.
Czy mam czytelniczego kaca, po przeczytaniu tego zbioru? Tak, zdecydowanie bo odkryłem go za późno. Po drugie, gdy spoglądam na profil autora na znanym czytelniczym portalu, to mogę mu tylko życzyć, by wrócił na tradycyjną imprezę. Bo jest naprawdę wprawnym wodzirejem.
